|
Ma przynosić dodatkowe dochody i być lekiem na tak zwaną szarą strefę. Chodzi o działalność marginalną, lokalną i ograniczoną czyli tak zwane MOLE. Przepisy zmieniono niedawno, ale pierwsze przydomowe przetwórnie już działają.
Nie było łatwo, ale opłacało się. Katarzyna Siemborska postanowiła
odkurzyć stare przepisy i uruchomiła niewielką masarnię.
Katarzyna
Siemborska- Kowalewice „Zarejestrowałam wyrób wędlin metodą tradycyjną
czyli sposobem babuni robimy wędliny. Robimy krótko bo dopiero od dwóch
miesięcy ale mam nadzieję, że będzie to pomysł na dalsze życie.”
Pozwolenie
na produkcję wędlin wydaje powiatowy lekarz weterynarii. Wymagań jest
sporo, ale niewielkie przetwórnie nie muszą spełniać takich samych
przepisów jak duże zakłady.
Katarzyna Siemborska- Kowalewice „Była
to duża inwestycja przynajmniej jak dla mnie bo w granicach 80- ciu
tysięcy złotych. Dla mnie to były duże pieniądze. Wzięłam kredyt nie
będę ukrywała i mam nadzieję że uda mi się go spłacić”.
A szansa
jest, bo zapotrzebowanie na domowe wędliny jest bardzo duże. W
zakładzie, który z założenia ma produkować tylko na lokalne rynki można
przetworzyć tygodniowo najwyżej półtorej tony mięsa.
Tadeusz
Nalewajk-wiceminister rolnictwa „Czy to jest mało, czy to jest dużo. Ja
powiem państwu w ten sposób, że 1,5 tony na tydzień kiełbasy razy 50
parę tygodni razy 20 złotych to wychodzi przychód ponad milion złotych.”
Trzeba
jednak pamiętać, że istnieją ograniczenia co do sprzedaży. Produkty
pochodzenia zwierzęcego przetwarzane w gospodarstwie powinny
bezpośrednio trafiać do odbiorców. Zaopatrywanie hurtowni nie wchodzi
więc w grę.
Jarosław Naze- zastępca Głównego Inspektora
Weterynarii „Te rozwiązania także pomagają w przyhamowywaniu, czy
rejestracji podmiotów, które działają dzisiaj w tak zwanej szarej
strefie”.
Do tej pory ze zmiany przepisów skorzystało
kilkudziesięciu przedsiębiorców. Ale zainteresowanie uruchomieniem
nowych lokalnych przetwórni jest coraz większe.
Dorota Florczyk/Agrobiznes
|