|
|
|
Wydatki Unii Europejskiej |
|
12.09.2007. |
|
Czy rzeczywiście mamy tyle wydawać na rolnictwo? Jakie mamy prawdziwe
priorytety? - pyta unijne rządy Komisja Europejska w dokumencie, do
którego dotarła "Gazeta".
Nawet dwa lata nie upłynęły od końca bitwy o budżet
UE na lata 2007-13, a Komisja Europejska już powraca do dyskusji o
unijnych pieniądzach. Tym razem debata może być jeszcze gorętsza, bo
Komisja rozpoczyna proces zasadniczej reformy unijnych budżetów po 2013
roku.
Reforma przesądzi o tym, na co unijne pieniądze będą w
przyszłości wydawane, a z jakich wydatków Unia zrezygnuje. "Gazeta"
zdobyła pierwszy dokument Brukseli w tej sprawie. Mają go jutro
przedstawić szef Komisji Europejskiej José Manuel Barroso oraz komisarz
ds. budżetowych Dalia Grybauskaite.
Z formalnego punktu widzenia
jest to tylko oficjalne zaproszenie do rozmów o pieniądzach. Ale to
bardzo ważny dokument - na kilkunastu stronach Komisja stawia w nim
wiele trudnych pytań. I wyraźnie wskazuje, że wiele obecnych rozwiązań
budżetowych, na których korzysta Polska, jest nieracjonalnych.
Bruksela
zaczyna od małego przypomnienia: w 2013 roku aż 32 proc. unijnego
budżetu będzie nadal szło na rolnictwo. To i tak lepiej niż w 1985 r.,
gdy do europejskich rolników trafiło prawie 71 proc. pieniędzy z kasy
unijnej. Ale czy obecna proporcja jest właściwa?
Unia się cały
czas powiększa, a jej budżet - proporcjonalnie nie. Na papierze
sięgające 100 mld euro rocznie wydatki z budżetu UE wyglądają na
olbrzymie, ale stanowią one mniej niż 2,5 proc. wszystkich wydatków
budżetowych w 27 państwach Unii.
Jak więc podzielić ten kurczący
się tort? - pyta Komisja. I sama sobie odpowiada: nie wszystko musi być
finansowane z unijnego budżetu.
- Skoncentrowanie się na
mniejszej liczbie "polityk" pozwoli w niektórych przypadkach na
finansowe oszczędności - stwierdza dokument Komisji. Bruksela chwali
jednocześnie pomysł, by państwa dopłacały jak najwięcej do funduszy,
które otrzymują z unijnego budżetu.
Dokument Komisji wylicza
całą listę spraw, które jej zdaniem powinny być finansowane z budżetu
UE (a obecnie nie zawsze są). Bruksela wymienia m.in.: przeciwdziałanie
skutkom starzenia się europejskich społeczeństw i zmian klimatycznych
oraz powstrzymywanie masowej imigracji do Europy.
Na tej liście
znalazła się oczywiście także "spójność społeczna i gospodarcza" (która
dla Polski oznacza obecnie gigantyczne fundusze strukturalne) - ale
tylko jako jeden z wielu priorytetów. I to nie wymieniony jako
pierwszy. W 2013 r. polityka spójności pochłonie aż 35,7 proc. całego
budżetu UE.
Komisja dotyka też innego czułego punktu: każe
rządom zastanowić się, w jaki sposób budżet Unii powinien być
finansowany. Komisyjny dokument otwarcie sugeruje, że obecny system, w
którym niektóre państwa (zwłaszcza Wielka Brytania) korzystają ze
skomplikowanego systemu "rabatów", jest zły i całkowicie nieprzejrzysty
dla obywateli. Komisji nie podoba się także to, że w 2013 r. aż 75
proc. całego budżetu Unii będzie ze składek wpłacanych przez rządy (ich
wielkość zależy od PKB). 20 lat temu było to tylko... 11 proc. Komisja
wolałaby, żeby wpływy do budżetu nie były tak zależne od budżetów
narodowych.
Bruksela może być pewna, że jej propozycje wywołają
polityczną awanturę. Najmniej niemiłych propozycji znajdą w dokumencie
Komisji takie kraje jak Szwecja, Holandia czy Niemcy. Ale już Francja,
Włochy, a może także Polska będą protestować przeciwko ograniczaniu
wydatków na rolnictwo. Wszystkie biedniejsze kraje (a więc znów Polska)
zaprotestują przeciw ograniczaniu funduszy strukturalnych i
spójnościowych. Wielka Brytania niemal na pewno bronić będzie swojego
rabatu.
Żródło: Źródło: Gazeta Wyborcza
|
|