|
|
|
29.04.2008. |
|
W rolnictwie brak rąk do pracy. Szczególnie dotkliwy jest on w
gospodarstwach warzywno -kwiatowych i sadownictwie. Problem miał być
rozwiązany przez otwarcie polskich granic dla pracowników najemnych ze
Wschodu. Pierwsze uchylenie granicy nie przyniosło spodziewanych
efektów. Procedury okazały się zbyt skomplikowane. Ich złagodzenie
również nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. W szklarniach i sadach
rozpoczyna się kolejny sezon.
Właściciele gospodarstw ogrodniczych i sadów wiele nadziei wiązali z
przepisami umożliwiającymi im zatrudnianie robotników sezonowych zza
wschodniej granicy. 1 września 2006 roku weszło w życie rozporządzenie
ministra pracy zezwalające na zatrudnianie cudzoziemców do prac
sezonowych w rolnictwie. Miało być lepiej, a decyzja w tej sprawie
zaowocowała zwiększonymi represjami w stosunku do zatrudniających i
zatrudnianych. Skomplikowane procedury sprawiły, że rolnicy nie chcieli
szukać pracowników na Wschodzie. Trzeba było pojechać minimum
dwukrotnie za granicę! Na zatrudnionych „na czarno” straż graniczna
urządzała łapanki. Schwytanych deportowano, a zatrudniających karano
finansowo.
Brak rąk do pracy powodował, że na polach często
zostawały nie zebrane owoce i warzywa. Po nowelizacji prawa głośno
zapowiadano zmianę sytuacji i rozwiązanie problemu. Na Wschód po
robotników trzeba teraz jechać już tylko raz. Jednak wcale nie
rozwiązało to problemu. Procedury nadal są zbyt skomplikowane dodatkowo
wschodnia granica jest teraz zewnętrzną granicą UE. Na sprowadzającego
robotników gospodarza spadł teraz dodatkowo obowiązek zatrzymania
robotników na terenie Polski.
Agrobiznes
|
|